Come back

Miałam zrezygnować z prowadzenia bloga… Miałam przestać pisać i się „uzewnętrzniać”. Wszystko „miałam”, ale kotem nie jestem, żeby miauczeć, a jedyny dziki zwierz jaki we mnie drzemie, to leniwiec… Tak więc (wiem, że nie zaczyna się zdania od tak więc, ale to mój blog i mogę tak zrobić :P) wróciłam – piszę. Nie umiem bez tego żyć. Pisanie sprawia, że mogę na wiele spraw spojrzeć z innej perspektywy… Mogę oderwać się na chwilę od rzeczywistości i popłynąć gdzieś daleko, w głąb swoich myśli. One nie zawsze są „różowe”. Nie zawsze przyjemne. Jednak… Z resztą, nie ma sensu się w to zagłębiać. Ten blog to swego rodzaju terapia, relaks, odpoczynek.

Warto więc opowiedzieć, co u mnie. Przede wszystkim – wielkie zmiany. Poza beznadziejnie obciętą grzywką i dość znośnie podciętymi włosami, które stały się jeszcze mniej do „okiełznania” niż wcześniej, jeden wielki Armagedon. Jeśli można mówić, o zmianie całkowitej – u mnie właśnie takowa zaszła. Szkoda niestety, że nie w kwestii „mniejszej ilości” ukochanych kilogramów na brzuchu. Kurde, znowu odbiegam od głównego tematu. Pardon, wracamy do sedna.

  • wyprowadziłam się z jednej Góry, do drugiej Góry. Czy dobrze zrobiłam – okaże się w najbliższej przyszłości.
  • zmieniłam pracę. Tęsknię trochę (tfu tfu, nie wierzyłam, że kiedykolwiek to powiem!) – za stabilną i spokojną pracą w oświacie, kiedy to miałam czas na wszystko i bez zbędnego stresu rozpoczynałam każdy dzień. Na „odchodne” dostałam przecudny blender i równie piękny kubas (bo kubkiem tego wielkoluda nie da się nazwać!), popłakałam się, naprzytulałam, wylałam morze łez… i ruszyłam dalej w świat. Teraz zasilam szeregi jednej z lokalnych korporacji, zajmując się asystowaniem przy działaniach marketingowo – PRowych firmy. I w ogóle, ani to w ogóle nie mam czasu na kawę.
  • skończyłam studia. W sumie to nawet z baaaardzo dobrym wynikiem (tylko dwie czwórki i reszta piątki) 🙂 Jestem z siebie bardzo dumna. Pokonałam mnóstwo trudności na swojej drodze… została ostatnia – OBRONA. Tą niestety będę chyba musiała odłożyć w czasie, i to aż do września.
  • przedszkole – młodzi idą do nowego przedszkola. Oboje (młodszy od września, starsza od tego piątku!!!). Nie wiem kiedy mi te dzieci dorosły.
  • zaczęłam sprzątać, prasować, układać, gotować, składać, rozkładać, planować, podlewać, sadzić, dbać. Wszystko, co robi prawdziwa Pani domu. I robię to z ogromną radością. Wszystkie kwiatki w Biedronce się już przede mną chowają, co bym ich przypadkiem nie zakupiła i nie dołączyła do swojej kolekcji.
  • powstały nowe plany, marzenia, cele. Nadal próbuję jakoś sprecyzować to, co chciałabym dalej robić, znaleźć magiczny sposób „na siebie”, poczuć się wartościowa i jedyna w swoim rodzaju. Chyba nie da się od razu mieć wszystkiego…

Poza tym – idę do przodu, a to najważniejsze. Zakończyłam wiele spraw, zamknęłam wiele drzwi, urwałam niszczące mnie relacje. Czuję się wolna.

 

…ale czy na pewno szczęśliwa? 


 

We de ze zu bu… We de sooo a ru… Un va-a pesh a lay… Un vi-i bee… Un da la pech ni sa (Aaahh)
Un di-i lay na day… Un ma la pech a nay… mee di nu ku…

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *