Coś więcej niż tysiąc słów...

Dobra, nie ma się co chwalić. Straciłam zapał do pisania. Walczyłam z tym już dłuższy czas – kilka razy siadałam do napisania czegoś tutaj i kończyło się na niczym. Zbyt dużo obowiązków wzięłam sobie na głowę i o, mam za swoje.

Dziś jednak jest inaczej. Mam ogromną chęć napisać dla Was coś ważnego. Coś, co jest moim osobistym wspomnieniem, ale zapewne marzy o tym wiele kobiet. Chodzi o… wsparcie. Jak wiecie lub nie, 10 miesięcy temu pojawiła się na świecie nasza trzecia kluseczka. Hania, bo o niej mowa, wkroczyła do naszego życia bardzo spontanicznie. Ot, po prostu pewnego piątkowego dnia, 4 tygodnie przed terminem stwierdziła, że aktualna miejscówka jej nie odpowiada, więc czas się gwałtownie ewakuować. I tak oto przewróciła naszą codzienność do góry nogami.

…ale nie, nie. Ten tekst nie będzie o niej. To znaczy nie bezpośrednio. Ponieważ pojawienie się jej na świecie mocno namieszało też w naszych relacjach. Ja, jak to prawdziwa kobieta miałam ogromny stres. Czy uda mi się poradzić sobie z ogarnięciem takiego maluszka? W końcu starszaki już dawno wyrośli z pieluch, a przede mną wylegiwała się na słoneczku mała, drobniutka kuleczka, której obsługi musiałam nauczyć się od nowa. I wtedy wkroczył on. To o nim będzie ten tekst, ponieważ zależy mi na tym, żebyście wiedziały, że się da. Że można. Że nie wymaga to ogromnych poświęceń i cudu.

Mój G. Człowiek o gwałtownym temperamencie, którego mam dość średnio 15 razy na dobę. Jednak jak to mówią – kto się czubi, ten się lubi, prawda? W naszym przypadku nie jest inaczej. Trwamy w tym naszym niereformowalnym (kurde czytając ten tekst drugi raz miałam wrażenie, że napisałam „nieformalnym”, ale to też by się zgadzało)  związku już od pięciu lat i jeszcze możemy na siebie patrzeć (żart!). Prawdą jest jednak to, że charakteru to nie można by mu było zazdrościć. Uparciuch do potęgi (nad)ętej.

Jednak… tekst ten dedykuję właśnie jemu. Mężczyźnie, który w dniu narodzin naszej córki sprawił, że uwierzyłam wreszcie w drugiego człowieka. Nie zrobił jakiś wielkich i spektakularnych rzeczy, ale dla mnie to najpiękniejszy czas w naszym związku. Zapytacie dlaczego? Dlatego, że był. Poświęcił dosłownie wszystko i przez calusieńkie 3 dni naszego pobytu w szpitalu był z nami non stop. Od 10, kiedy to tylko wpuszczali odwiedzających na oddział – do 20, kiedy uprzejmie wypraszali tatusiów do domów. Przewijał, przebierał, karmił, nosił, tulił. Głaskał mnie po głowie, trzymał za rękę i… milczał. Robił wszystko to, czego wtedy potrzebowałam, choć ani słowem mu nie powiedziałam, co jest mi potrzebne do szczęścia. Patrzył na mnie z jeszcze większą miłością, choć ja sama czułam się fatalnie. 3 cesarka mocno wpłynęła na mój stan fizyczny i uwierzcie – powrót do formy był dla mnie nieosiągalną nadzieją.

Momentami nie miałam sił na nic. Łzy same cisnęły mi się do oczu. Szukałam w sobie ostatnich pokładów energii i samoakceptacji. Kiedy ja miałam się za najbardziej nieogarnięte pacholęcie na świecie – on sprawiał, że czułam się jak Księżniczka. Biegał do sklepu, gruntownie wysprzątał każdy kąt i z zapałem szykował mieszkanie na nasz powrót. Szczerze? G. to nie jest typ, który afiszuje się ze swoimi uczuciami i niezwykle chętnie pomaga we wszystkich pracach domowych. Jak się bierze za generalne porządki, to o matko, klękajcie narody! Doprowadza do takich awantur, że czekam tylko na ekipę Uwagi lub Wiadomości, którzy stworzą materiał o najdzielniejszym sprzątaczu świata, który wyciągnął zaginione skarpetki z ukrytego bębna w pralce. Powaga. Dlatego ważne jest, żebyście zrozumieli, że to był naprawdę wyjątkowy czas. Czas, którego ja potrzebowałam.

Zawsze to ja jestem tą najbardziej ogarniającą. Ja planuję, ja rozporządzam działaniami w naszej rodzinie (nie mylcie tego z rządzeniem, bo palmę pierwszeństwa dzierży w tym zakresie G.) i ja najmocniej trzymam emocje na wodzy. W tamtym okresie jednak było inaczej i to, że on wykazał się tak ogromną empatią było dla mnie zbawienne. To dzięki niemu wróciłam do stabilności, dźwignęłam nowe obowiązki i z łatwością odnalazłam się w roli potrójnej mamy. Gdyby nie on… Nawet nie chcę myśleć. Zaskoczył mnie i nie zapomnę tego nigdy. Życzę każdej kobiecie, żeby jej mężczyzna potrafił sprostać trudnym sytuacjom. Żeby wziął odpowiedzialność za swoje czyny, zmienił choć na chwilę swój tok myślenia i powywracał priorytety. Żeby choć raz, raz jeden jedyny nie liczyło się nic, poza tym co tu i teraz. Nic poza rodziną. Czasem to znaczy więcej niż tysiąc słów. Więcej niż setki wspólnie spędzonych dni i nocy…

To właśnie jest miłość. Taka prawdziwa. Jedyna. Miłość, która nie udaje. Nie ściemnia. Nie wpisuje się w Instagramowe wytyczne i nie jest chwiejna jak puszka po Pepsi na wietrze. Miłość dwojga ludzi, którzy są najlepszymi przyjaciółmi i nie potrzebują miliona słów, reguł i ustaleń, żeby być dla siebie najważniejszymi ludźmi na całym świecie…

Dziękuję. <3

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *