Skoro było już o prawdziwych mężczyznach, może czas i na prawdziwe „nowoczesne” kobiety? Kiedy możesz się poczuć taką 100 % samicą alfa-beta XXI wieku? Wydaje Ci się pewnie, że wyłącznie wtedy, kiedy jesteś przykładną matką, żoną i… pracownicą? Wstajesz o określonej porze, medytujesz z jakąś ekstra apką poleconą przez ulubioną blogerkę, później zajadasz idealnie przygotowaną pod zdjęcie na Instagrama owsiankę, nakładasz makijaż wraz ze swoimi fankami na Instastories i przygotowujesz film na Youtube o tym, co dzisiaj wydobędziesz ze swojej szafy. Jeśli jakimś cudem uda Ci się zmieścić w dwóch godzinach od przebudzenia – istnieje szansa, że zdążysz na czas do pracy, a szef nie zrobi Ci znów na wstępie pogadanki o tym, że na Twoje miejsce jest milion innych, lepiej wykwalifikowanych osób.

Jak typowa korpo-szczurzyca spędzasz 9 h w pracy, nawet na chwilę nie wstając od komputera – przecież wycieczki do WC są tylko dla tych słabych 😉 Z wyrzutami sumienia, że nie zostajesz dłużej od swojego szefa, postanawiasz odebrać dzieci z przedszkola zanim naprawdę któregoś dnia pani Dyrektor zdecyduje się zadzwonić po opiekę społeczną. W drodze wpadasz na to, że nie załatwiłaś jeszcze kilku ultra-ważnych telefonów i nie zważając na konsekwencje – jedziesz w tym długim korku i bukujesz hotel dyrektorowi handlowemu, który za 2 dni ma jechać na branżowe targi i w życiu Romana nie potrafiłby sam załatwić tej jakże skomplikowanej sprawy. Trzy razy przejeżdżasz na czerwonym, w duszy modląc się, żeby tym razem nie było tu kamer. Pięć razy trąbisz na eLkę, która nie potrafi ruszyć na rondzie i nareszcie docierasz na miejsce. Jak zwykle nie ma gdzie zaparkować, więc podejmujesz heroiczną decyzję i… zastawiasz sąsiednie garaże. Czując na plecach dreszczyk emocji, czy aby nie odholuje Cię jakaś przemiła laweta decydujesz, że jednak odebranie dzieci tuż przez 20 sekundami do zamknięcia przedszkola jest nieco ważniejsze.

Wbiegasz akurat wtedy, gdy Pani dyrektor zamyka ostatnią salę i gasi światła, zerkając wymownie na zegarek i patrząc spod opadających na nos okularów. Tak, wiesz, starałaś się, naprawdę. Ona nawet nie wie ile wysiłku Cię to kosztowało. Jedyny plus tej sprawy – dzieci są już ubrane i gotowe do wyjścia. Może uda się jednak wygrać wyścig z czasem i unikniesz drogiego hotelu dla Twojego auta. Mąż by Cię chyba udusił. Taaaak, właśnie, bo przecież Ty masz jeszcze męża. Człowieka o naturze idealnej, przykład godny naśladowania, samca Alfa, który jest najważniejszym żywicielem Waszej rodziny. Należy mu się specjalny hołd, który starasz się mu oddawać codziennie wieczorem, witając go z cieplutkim obiadem, kapciami i nowym numerem Forbesa.

Kiedy okazuje się, że Twoje-nie Twoje (na leasingu z banku) auto nadal stoi na swoim miejscu – wrzucasz szybko dzieci do fotelików i ruszasz na kolejną misję. W międzyczasie dzwoni weterynarz – Twój kot znów jest chory i musisz wyrazić zgodę na nowe leczenie. Jęczysz z niezadowolenia, ale mówisz, że jutro TUŻ PRZED PRACĄ TO ZAŁATWISZ. Dzwoni Twoja mama – pyta, czy jeszcze żyjesz i czy zamierzasz kiedykolwiek przypomnieć jej obecnością o swoim istnieniu. Ty w mgnieniu oka się irytujesz – przecież wie, ile masz na głowie i te uszczypliwości zupełnie nie są potrzebne. Przejeżdżasz przez rondo, trąbiąc na ludzi, którzy chyba toczą się przez te pasy blokując sprawny przejazd. Dzieci marudzą, są głodne, a Ty uświadamiasz sobie, że nie macie nic w lodówce. Dociera więc do Ciebie, że czeka Was jeszcze wycieczka do marketu.

Dzwoni Twój szef. Zaczyna drgać kącik Twoich oczu. Ciśnienie wzrasta dwukrotnie. Odbierasz. Tłumaczysz się, dlaczego nie zrobiłaś tego, tego i jeszcze tego, choć w sumie nic o tym nie mówił, ale przepraszasz, że byłaś tak niedomyślna, żeby wpaść na to sama. Z ogromnymi wyrzutami sumienia, kolejnymi trzema „czerwonymi” na koncie, jęczącymi z głodu dziećmi i świadomością, że jeszcze tyle obowiązków przed Tobą – docierasz do sklepu. Przypominasz sobie, że Twoje fanki na Instagramie od kilku godzin nie mają z Tobą kontaktu. Wciskasz więc dzieci do wózka, poprawiasz włosy i odpalasz Stories. Pokazujesz najświeższe owoce i warzywa, które właśnie chcesz kupić tłumacząc się, że właśnie dziś Twoja super-ekstra-bio firma online, nie miała opcji dostawy, stąd też – zupełnie przypadkiem, kupujesz produkty w zwykłej stonce. Po nagraniach wywalasz wszystkie warzywa i owoce do koszyków, nabierasz ultra-smacznej chemii i zmierzasz do kasy. Zanim zdążysz wyłożyć produkty na taśmę – dzwoni mąż. Zanim odbierzesz – robisz pięć głębokich wdechów. Przecież tyle razy prosił Cię, żebyś odbierając jego telefony miała milszy głos. Tłumaczysz się, dlaczego jeszcze nie dotarłaś do domu i prosisz, aby dał Ci jeszcze chwilę na dokończenie zakupów. Twój wybranek wymownie milczy, a Ty już zaczynasz odczuwać chęć „zwrócenia” porannej owsianki. Sic! Nie zdążyłaś w międzyczasie nic innego zjeść.

Kiedy docierasz do domu – padasz ze zmęczenia. Musisz jeszcze przygotować obiad – koniecznie transmitując to live na wszystkich dostępnych kanałach społecznościowych. Ustawiając odpowiednio telefon starasz się ukryć biegające i bawiące się w Indian dzieci, buszujące po szafkach koty i wszechobecny nieład, którego jakoś od tygodnia nie możesz posprzątać. Żegnasz się grzecznie z fanami i w tej samej chwili do kuchni wkracza mąż. Oddychasz z ulgą, przybierasz najpiękniejszy uśmiech numer 6153717 i ze spokojem w głosie pytasz, jak mu minął dzień. Nie czekając na odpowiedź nakładasz mu obiad, podajesz gazetę i w biegu rzucasz, że bardzo się stęskniłaś. Próbujesz okiełznać totalnie nie-zmęczone dzieci, wykąpać je i położyć spać. Przecież dochodzi 20!

Kiedy już udaje Ci się ogarnąć tę całą ferajnę uświadamiasz sobie, że tak naprawdę nie wiesz za co się teraz zabrać. Talerze za chwilę same podążą w kierunku zmywarki, kuweta kotów zaczyna przybierać postać naturalnego kompostownika, a mąż prosi Cię o małe kiziu-miziu „BO PRZECIEŻ OSTATNIO ZUPEŁNIE NIE SPĘDZASZ Z NIM TAK MIŁO CZASU”. Fanki na IG upominają się, że nie było kolejnego „denka” i kompletnie nie wiesz, czy aby na pewno możesz wyrzucić jakiekolwiek opakowania bez ich zgody, a przecież ta kolorowa torebka po świątecznym prezencie nie jest już taka pojemna i wszystko zaczyna turlać się po łazience.

Zanim kładziesz się do łóżka – mąż od dawna śpi przy włączonym telewizorze, dzieci w najlepsze przeżywają drugi napływ energii (bo przecież spały całe pół godziny i naładowały akumulatory), a smartfon aż rozgrzewa się od ilości powiadomień i komentarzy. Co robić?! Matko kochana, co robić?!

I nagle… budzisz się ze snu. Wstajesz po 4 drzemkach, bo ten jeden „cienias” budzik, nie był w stanie przerwać Twojego związku z łóżkiem i poduszką. Zjadasz na szybko przyrządzonego omleta, budzisz totalnie niewyspane dzieci i zaczynasz normalny dzień. Swój dzień. Od A do Z zaplanowany przez Ciebie. Bez zbędnego pośpiechu, strachu i „udawanego” życia. Parkujesz gdzie chcesz, w aucie słuchasz ulubionej płyty, a telefon od szefa odbierasz tylko w czasie 8-godzinnego dnia pracy. Twoja mama ma z Tobą stały kontakt i codziennie na Whatsuppie omawiacie najważniejsze szczegóły z Twojego życia. Wie, jak wyglądają wnuki, które wcale nie są odbierane z przedszkola na ostatnią chwilę. Twój mężczyzna dzieli się z Tobą obowiązkami, kocha Cię i wspiera na każdym kroku. Nie masz idealnego konta na Insta, Twoje fanki są w stanie obejść się bez zaglądania Ci do „łazienkowego śmietnika” i dzięki temu zarówno obiad, jak i śniadanie zjadasz w spokoju. Bez zbędnego stresu kupujesz produkty w lokalnej Stonce i wcale nie zmuszasz się do pokazywania wszystkim, jak to super Ci minął dzień „weźcie-zazdrośćcie-bo-mam-najlepiej” i „mój-dom-to-chodząca-przymierzalnia-wszędzie-mam-tylko-lustra-do-selfie”.

To Ty zdecydujesz, jakie chcesz mieć życie. Wybierz mądrze, bo na ogół nie ma zmian i odwrotu. Doceń i pokochaj siebie. Daj sobie prawo do bycia nie-idealną. Żyj pełnią piersią i ciesz się każdym dniem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *