Podróże, te małe i te… z dziećmi :)

podróże z dziećmi

Od wielu znajomych słyszę, że odkąd urodziły im się dzieci, to ich codzienność zupełnie się zmieniła. Nie mogą już realizować swoich pasji, nie mają czasu na podróże i przestali spotykać się ze swoimi przyjaciółmi. Czy naprawdę ze względu na te nasze małe istotki trzeba niemalże „przewrócić” życie do góry nogami? Według nas NIE!

Starsza córka po pierwszych 20 kilometrach po prostu odpływa i budzi się prawie na miejscu, traktując samochód jako świetny „przerywnik” na regenerację sił przed kolejną porcją wariacji. Młodszy natomiast zaraz po tym, jak wsiądzie do auta milknie, zamieniając się w najbardziej wytrawnego ze wszystkich podróżników. Wiedzieć musicie, że nasze skrzaty nie należą do dzieci cierpliwych i spokojnych, rzekłabym, że nawet podczas snu wędrują po całym łóżku i ani myślą spać spokojnie przez całą noc 😉 Dlatego sama wizja podróży i ich siedzenia przez kilka godzin wzbudzała we mnie ogromny stres… Jednak okazała się być zupełnie nieuzasadniona!

Dzięki temu, że nasze maluchy praktycznie od początku przyzwyczajane były do jeżdżenia wszędzie i to dosłownie wszędzie – praktycznie nie zmieniło się nic w kwestii ilości wyjazdów i wspólnych wycieczek. Ba, można nawet powiedzieć, że oni szczerze to lubią! Mają swoją własną walizeczkę na zabawki, sami szykują sobie ubrania i z niecierpliwością wypytują, kiedy nareszcie ten ich upragniony wyjazd. A jeździmy całkiem sporo 🙂

Mamy jednak kilka swoich zasad, dzięki którym te nasze podróże są naprawdę przyjemne i pojawienie się dzieci nie wywróciło naszego życia do góry nogami 🙂 Przede wszystkim – nie wyjeżdżamy w sezonie. Obojętnie, czy zimowym, czy letnim – wszelakie święta, ferie i wakacje to raczej krótkie wypady, niż zorganizowane urlopy. Jeśli polskie morze – to zimą, jesienią lub wczesną wiosną. Jeśli góry – to przy okazji wizyty u dziadków. Po drugie – wybieramy nietypowe i oryginalne miejsca. Nigdy nie jedziemy po prostu „wylegiwać się” i relaksować w „bezczynnym stanie zawieszenia”. Nie wymagamy też tego od dzieci – nasze wycieczki są pełne przygód, wyzwań i niesamowitych przeżyć. Po trzecie – nie wydajemy na nie majątku. Zawsze wyszukujemy albo takie atrakcje, za które nie trzeba będzie płacić, albo decydujemy się odwiedzić je w innym terminie. Dzięki temu możemy sobie pozwolić na częstsze i bardzo spontaniczne wyjazdy 🙂

Właśnie! W kwestii spontaniczności – naszą największą pasją są podróże „palcem po mapie”. To właśnie wtedy wymyślamy i wyszukujemy miejsca, o których nigdy nie słyszeliśmy lub wręcz przeciwnie – od dawna marzy nam się to, aby je odwiedzić. Wspólnie studiujemy dokładnie całą mapę, a następnie zaznaczamy miejscowości, które mają stać się naszymi kolejnymi celami podróży na najbliższe miesiące. Jakiś czas temu – urządzając nasze nowe mieszkanie – postanowiliśmy sprawić sobie małą niespodziankę. Od tego czasu naszą ścianę zdobi niesamowita… MAPA ZDRAPKA! To właśnie na niej możemy zaznaczać swoje kolejne cele podróży i uczyć naszych małych podróżników, że wspólne wycieczki to naprawdę niesamowita zabawa.


Jeśli i Wy uwielbiacie podróżować, a do tego marzy Wam się taka mapa zdrapka – zapraszamy Was do konkursu 🙂

Pod tym wpisem na blogu napiszcie, jaką najbardziej niesamowitą i nietypową podróż przeżyliście i dlaczego to właśnie ją wspominać będziecie przez całe życie. 🙂 Konkurs trwa do 11.06. 2018 r. – zwycięzcę wybierze nasza komisja konkursowa w składzie ja, Grzegorz i nasze maluchy 🙂 Ta historia, która najbardziej nas urzeknie i być może zainspiruje do tego, abyśmy to my wymyślili sobie równie szalony cel kolejnej podróży – zgarnie swoją własną, prywatną i jedyną w swoim mapę zdrapkę od Play Print. <3

To co, możemy na Was liczyć? 🙂

 

Comments

  1. Mamma pcheła

    Ja miałam jedną podróż, której nigdy nie zapomnę. Moja pierwsza podróż z córką – po wyjściu ze szpitala. Okazało się, że wszystko szło nie tak: fotelik nie był dopasowany do takiej kruszynki, słońce zamieniło się miejscami z ulewą, dziury na drodze zrobiły się 2 razy większe niż dotychczas, smoczek znalazł się w bagażniku, a torby poszpitalne zajęły miejsce obok fotelika… Ugh… jednym słowem masakra 🙂 Ale jakoś ogarnęliśmy 🙂 Torby upchnęłam na przednim siedzeniu, moje ręce robiły za amortyzator przy głowie córki, a zamiast smoczka użyłam szumisia w moim wykonaniu. Dojechaliśmy szczęśliwie, ale nauczkę mamy niezłą:)
    Nie wiem czy Was zainspirowałam, ale… gdybyście planowali podróż z 2 dniowym maluszkiem to na pewno mogę parę rzeczy doradzić 🙂 A może zainspirowałam Was nie tylko do podróży, ale i do kolejnego powiększenia rodziny? 😉

    1. Post
      Author
      Dagg & Greg

      Hahaha, to dopiero była przygoda! Miałam podobnie, jak odbierałam synka/wcześniaka z oddziału… on był takim maluszkiem i praktycznie zniknął w foteliku:)

      Inspiracja… do przemyślenia 🙂 Miłego dnia i bardzo dziękujemy za Twój komentarz 🙂

  2. Paulina85

    Moja podróż która na zawsze mi zostanie w pamięci to mój pierwszy wyjazd zagraniczny z moim mężem i dwójką dzieci. Kiedy wyszłam za mąż marzyłam o podróży poślubnej . Mieliśmy już plany i odłożone pieniądze. Jednak rodzice mojego męża mieli pod opieką babcię z chorobą alzheimera…. To im”należał się wypoczynek”…my byliśmy w nasz urlop z babcią jak co roku są tescie wypoczywali nad morzem. Płakałam kilka nocy do poduszki i żyłam dalej z niespełnionym marzeniem. Kiedy urodziłam drugiego syna i słyszałam różne strachy w związku z jego niedotlenieniem ( reanimacja 2 pkt popadłam w depresyjny stan… i to był moment w którym zapragnęłam spelniac marzenia. Odłożone pieniądze postanowiliśmy przeznaczyć na wakacje na wyspie Greckiej Korfu. Lot samolotem był na liście moich marzeń. Cudowne to wspominam pomimo marudzscego syna na kolanach którego dla uspokojenia karmiłam piersią… Przez tydzień byliśmy w miejscu tak pięknym k tak przyjaznym że zapragnęłam pozbyć się po powrocie zmartwień… Podróż odmieniła nasze życie. Ja przestałam płakać w poduszkę i narzekać na wzystko… Dzieci są szczęśliwsze, mąż uśmiechnięty a teraz plany na kolejne marzenia. Myślę że uda się zrealizować je w tym roku.

    1. Post
      Author
  3. Magdalena Szkoda

    Jeśli kiedykolwiek zdarzy się Wam być choć jeden dzień w Londynie, musicie koniecznie odwiedzić pewne niezwykłe miejsce, gdzie dorośli na powrót stają się dziećmi, a dzieci przyklejają do szyb nosy i patrzą szeroko otwartymi z zachwytu buziami. Za przeszklonymi gablotami Museum of Childhood setki eksponatów sprawiają, że budynek przypomina gigantyczny dziecięcy pokoik. Utkwiłam tam na kilka godzin i w ogóle nie miałam ochoty wychodzić 😉 Dwupiętrowe muzeum to rzeczywiście powrót do przeszłości, w tym najlepszym, sentymentalnym wydaniu. Kilka lat temu akurat trafiłam na retrospektywę Judith Kerr, popularnej niemieckiej pisarki i ilustratorki. I z przykrością muszę stwierdzić, że pomimo tego, iż jej książki na świecie uznawane są za klasykę literatury dziecięcej, w Polsce nie są zbyt dobrze znane. Na wystawie można obejrzałam rysunki pisarki, napiłam się herbaty w towarzystwie Tygrysa w kuchni Sophie, przymierzyłam tygrysią maskę oraz poczytałam o przygodach kota Moga, leżąc w jego przytulnym koszyku. A tuż przy wejściu do muzeum mieściła się ekspozycja o wymownej nazwie: „The Stuff of Nightmares”. Z ukrytych głośników płynęła mrożąca krew w żyłach muzyka (prawie jak w „Dziecku Rosemary”), w surrealistycznym lesie stał ogromny, czarny dziecięcy wózek (mnie się podobał), za drzewami czaiły się jakieś dziwne lalki i wiedźmy, a na gałęziach siedziały wielkie ptaszyska. Te wszystkie instalacje, wspólnie z artystami, wykonały dzieci z miejscowych szkół. Ponury, mroczny krajobraz to ich interpretacja jednej z baśni braci Grimm – Ptak Straszydło. W tym samym klimacie utrzymana była ekspozycja starych i „koszmarnych” zabawek: m.in. mechaniczny kot z ostrymi jak szpilki zębami, wielka włochata małpa i patrzące przenikliwym wzrokiem małe celuloidowe laleczki. A jednym z dziwniejszych przedmiotów jest z pewnością bardzo długi naszyjnik z … zębów małpy! Zachwyciła mnie imponująca kolekcja lalek (ponad 8 tysięcy!) Mój zachwyt wywołały lalki w kunsztownych, jedwabnych sukniach, o arystokratycznie bladych, woskowych twarzach. I oczywiście domki dla lalek – to przy nich spędziłam najwięcej czasu. Wszystkie domki zostały wykonane z wielką dbałością o szczegóły: np. w pokojach stoją XIX-wieczne meble, w kuchni – miedziane naczynia, pod sufitami wiszą kryształowe żyrandole a na ścianach stare zdjęcia i obrazy oraz wyblakłe nieco tapety, w malutkich szafkach stoją zastawy stołowe, w pokojach pysznią się kunsztowne dywany i łoża z baldachimami. Można podpatrzeć, jak kiedyś wyglądało życie: oto przy stole grupka chłopców emocjonuje się nad grą planszową, a na bujanym fotelu zasiadła pani domu i pochyla w skupieniu głowę nad jakąś robótką. Jest sala bilardowa i oranżeria. Kto wie, może mali mieszkańcy tych domków ożywają, kiedy zamykają się drzwi za ostatnim zwiedzającym? Oczarowała mnie też przypominająca miniaturową kamienicę szafa na dziecięce ubrania, składająca się z mnóstwa szufladek i drzwiczek oraz mały, drewniany sekretarzyk. I z chęcią zagrałabym w szachy, będące postaciami z Alicji w Krainie Czarów! Ale Muzeum Dzieciństwa to nie tylko klocki, pajacyki i konie na biegunach. Jest kolekcja ubrań, mebli i akcesoriów dla dzieci: kołyski, pieluchy, grzechotki, nocniki, butelki, łóżeczka a nawet kosmetyki (raczej mocno przeterminowane;)). Pewnie kiedyś zabiorę w to miejsce moje dzieci, będą równie zachwycone jak ja 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *