…a potem to już było wielkie nic.

Wiadomo, każdy ma jakieś swoje granice cierpliwości. Zdawać by się mogło, że zakochana D. to typ jakiegoś nadczłowieka – jej poziom tolerancji na odrzucenie był szalenie wysoki. Nikt normalny by tego nie wytrzymał. Ile czasu można czekać, prosić, stać grzecznie w kolejce, jak po sprzęt AGD z Lidla i w sumie nie wiedzieć nawet, czy uda się cokolwiek osiągnąć? Ona jednak próbowała. Wciąż wierzyła, że to ma jakiś sens, że pewnego dnia wszystko się odmieni i nareszcie będzie szczęśliwa. Z nim. Ten X mienił się w jej myślach, jak swego rodzaju Mont Everest – a że ona, dziołcha spod gór (która ma przerażający wręcz lęk wysokości) była silną i wytrwałą kobietą, uwidziała sobie, że ona ten szczyt kiedyś zdobędzie.

Ostatni sms był jednak takim „policzkiem”, który bardzo ciężko było jej przełknąć. Nawet ona miała czasem słabsze chwile i w całej tej historii to był jeden z najtrudniejszych momentów. Wpadła bowiem na genialny pomysł z tym zaangażowaniem go w wychowanie syna, chciała z nim o tym pogadać, ale… No właśnie, pojawiło się to nieszczęsne ale. Jego nagły przypływ uczuć i nazwanie jej „młodszą siostrą”. To gorsze, niż „sorry kotku, nie czuję do Ciebie mięty przez rumianek – zostańmy przyjaciółmi”. Poważnie.

Pewnej bezsennej nocy, zakochana D. postanowiła przemyśleć sobie wszystkie za i przeciw. Warto, czy nie? Brnąć w tę udziwnioną do granic możliwości relację, czy w końcu to sobie odpuścić? Najpierw to ona miała pożalsiębożemęża (ten wątek opisany zostanie później, jako zwykła PREhistoria), on inną dziewczynę. Potem ona była wolna – on ją pocieszał. Chwilę później, po jednej z kłótni (podczas bachanaliowego, studenckiego szaleństwa) on również powielił jej „los” rozstając się z jej znielubioną do potęgi nadętej – Śpiącą Królewną, a ona ZUPEŁNIE BEZINTERESOWNIE pomagała mu pozbierać się do kupy. Potem to już było tylko pod górkę. Burzliwa blondyna, Poznanianka, ciągłe niedopowiedzenia, brak tego zainteresowania z jego strony i widmo kolejnych niezapowiedzianych zdarzeń. Jak na tak krótką relację – całkiem sporo się między nimi (nie)wydarzyło. Jedno było pewne – tych dwoje nie potrafiło bez siebie żyć, ale ze sobą – coś nie mieli szczęścia, żeby wreszcie spróbować. Jakby tam u góry ktoś sterował nimi, niczym niedokończonymi marionetkami i za każdym razem, kiedy miało dojść do HAPPY ENDU – tup tup tup, odwracał lalki możliwie najdalej od siebie.

Raz krowie śmierć! Zagadała do niego w końcu w temacie tego, czy zostanie chrzestnym jej syna. Wysyłając tę wiadomość była niemalże bliska omdlenia. Co to będzie? Co to będzie?! Niepewnie zerkała na telefon czekając na jego odpowiedź. Przywykła do tego, że odpisuje bardzo szybko, jednak ostatni sms uświadomił jej, że nie może być niczego pewna. Mógł się zgodzić – oczywiście, ale równie dobrze mógł po prostu grzecznie (bądź też niegrzecznie, co było bardziej w jego stylu) odmówić, wykręcając się jakimś błahym powodem. Zawsze tak robił, kiedy chociażby próbowała go zaprosić w odwiedziny. Miał milion powodów „na nie”. A to nieposprzątane mieszkanie przed przyjazdem rodziców (tak naprawdę w ogóle nie sprzątał, albo robił to na 5 minut przed ich powrotem – wrzucając wszystko do szafek), a to małego psa, którego musi odchować i poświęcić mu mnóstwo uwagi (nie mylić z miłością, do której podobno nie był w ogóle ZDOLNY). Z dodatkowych powodów pojawiały się również wymigiwania w temacie studiów – sesja, nauka, egzaminy, domówki w akademiku, jeziorko z nową koleżanką z uczelni (której kilka zdań poświęconych zostanie w kolejnych wpisach) oraz problemy natury logistyczno – czasowej (tak zajęty człowiek, który studiuje i chodzi na siłownię, dosłownie nie dałby rady znaleźć DNIA na wyjazd w góry).

Odpisał. Serce jej szalało i chciało wyskoczyć z piersi, odtańcowując po drodze najpiękniejszą, pozbawioną rytmu sambę.

Ok.

No tak. W tej historii ani razu nie zostało wspomniane o tym, jaki on był „wylewny” podczas rozmów i pisania smsów. Mistrz krótkiej riposty. Bez zbędnego ciuciuciu, bycia miłym i taktownym. Zadajesz pytanie – dostajesz szczerą do bólu, niezbyt wyrafinowaną odpowiedź. A to jego „OK” doprowadzało ją do bordowej gorączki. Często było tak, że ONA – wkręcona w jakiś temat, chcąc go nieco zaczepić, wciągnąć w dyskusję – pisała elaborat, niemalże długości szkolnego wypracowania, a on… ON odpisywał swoim ulubionymi dwoma literkami-okejkami. Dwie litery, jedno zangielszczone słowo, a tyle frustracji!

No dobra. Ostatecznie się zgodził! Po chwili zamroczenia dotarło do niej, że jej plan wypalił! Mogła więc zacząć wdrażać go w życie! Nie mogła wręcz powstrzymać emocji i niesiona skrzydłami (braku)miłości rozpoczęła przygotowania. Dzień, w którym X miał się nareszcie pojawić w jej domu zbliżał się wielkimi krokami. Była pewna, że nic nie może już im stanąć na drodze. A jednak… nie przewidziała tego, że dosłownie ktoś im tego dnia ZABLOKUJE trasę i możliwe stanie się to, że on nie będzie w stanie dotrzeć na czas.

Zaplanowała każdy szczegół, poza jednym – ZAMKNIĘTYMI DROGAMI Z POWODU TOUR DE POLOGNE… 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *