Burzliwa… blondyna

Inaczej się chyba nie da jej nazwać. To znaczy można by ją opisywać wieloma epitetami, jednak lepiej zachować je dla siebie. Liczy się sedno tej sprawy.

Aż ciężko określić, od czego zacząć ten nieszczęsny rozdział. Musisz jak najlepiej poczuć ten klimat… inaczej tego nie zrozumiesz. Cofnij się więc do dnia, w którym będąc na wakacjach, nieszczęśliwie zakochana D. wpadła na szalony pomysł. Było to zaledwie kilka tygodni po TEJ nocy. Każdego wieczoru siedziała i rozmawiała z nim. O wszystkim i o niczym. Wiedziała, że bardzo tęskni, że on lada dzień wyjeżdża na całe wakacje do Niemiec, do rodziców. Wiedziała, że musi go zobaczyć. Postawiła wszystko na jedną kartę – załatwiła bilety, wskoczyła do pociągu byle jakiego i pojechała… Z dwoma przesiadkami. Pełna nadziei i oczekiwań wobec tego jedynego. Bo wiedziała. Była pewna, że to on. Że to na niego czekała całe swoje krótkie życie.

Wystroiła się, jak stróż na Wielkanoc. Ubrała swoją najkrótszą spódnicę, najwyższe szpilki i bluzkę uwypuklającą niemały biust. No kurde, każdego by ruszyło. Wyskoczyła z tego dworca jak oszalała. Wypatrywała Go wszędzie. BYŁ! Czekał na nią! Jakie to były emocje… Próbowała się powstrzymać, ale serce waliło jej jak młot. A on… ? On nic. Niby się uśmiechnął, niby spojrzał, niby coś… ale był w ogóle niewzruszony. Pojechali na uczelnię, odebrać jej dyplom. Wmawiała i jemu i sobie, że właśnie po to tam przyjechała. Ale jaka była prawda, wiedziała tylko ona…

Od słowa do słowa, postanowili wybrać się na spacer. Od początku czuła, że on chce jej coś powiedzieć. Z minuty na minutę topniała jej nadzieja na to, że kiedykolwiek będą razem. Miała przeczucie, że jest jakaś DRUGA. I zupełnie się nie myliła, choć ciężko byłoby rozpatrywać ją w człowieczych kategoriach. Burzliwa blondyna, jak tajfun wtargnęła do ich życia, skutecznie niszcząc zalążki jakiegokolwiek uczucia, które miało jeszcze szansę się narodzić. Likwidowała wszystko na swojej drodze. Bez skrupułów, zapowiedzi i logicznego myślenia. Pani i władczyni blond farby do włosów i eyelinera…

To, co wydarzyło się później, ciężko jakoś tak opisywać bez emocji. Tego pamiętnego dnia, dnia w którym D. pojechała zacieśnić ich relację, dowiedziała się, że jej wybranek właśnie się zadurzył. Tak zupełnie. Zatracił się w uczuciu do jakiejś „wielkonosej” farbowanej laleczki, którą poznał w sieci. Laski, której NIGDY nie widział na oczy. Laski, która przez kilka miesięcy (wybiegając trochę w przyszłość) oszukiwała go, kłamała i tworzyła iluzjonistyczny obraz rzeczywistości. Laski, której nigdy nie działała kamerka na Skype. Laski, która ponoć brzydziła się nadmiernym makeupem, ukrywając swoje zakłamane ślepia pod tonami eyelinera. Chodzące zaprzeczenie normalnej kobiety.

I tak oto właśnie, ta (karykaturalna) dziewczyna, zniszczyła jej marzenia i nadzieje. Odebrała wszystko w ciągu jednej chwili. Coś, o co walczyła bardzo długi czas – jego uczucie i uwagę. Był tym swoim nowym (pożal się Boże) odkryciem tak oczarowany, że aż do porzygu wychwalał jej cudowności i zalety pod same niebiosa. Jaka to ona piękna, mądra, zniemczona, przedsiębiorcza, miła, uczynna, elokwentna. Taka normalna i naturalna. Najśliczniejsza w całej sieci bez dwóch zdań. Laska, która pojawiła się znikąd. Laska, która była dla niego tylko numerem IP, avatarem i ciągiem emotikonek wysyłanych na czacie.

Tylko… co dalej? Co z nią? Nią – zakochaną do szaleństwa PRZYJACIÓŁKĄ. Nazywaną czasem pieszczotliwie „SIOSTRĄ”. Po co w ogóle się łudziła, że może jeszcze coś zdziałać?

Burzliwa blondyna nie czekała na swoją kolej. Nie czekała nawet na zaproszenie. Szła po swoje, wymyślając coraz to ciekawsze historie wyssane ze swojego sztucznego tipsa. Cała ona…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *