Jak się masz… SIOSTRO (?!)

Bardzo adekwatny tytuł. Idealny wręcz w odniesieniu do tego, jak wyglądały wówczas ich relacje. Zakochana D. wprost nie mogła opanować emocji. Wpadła przecież na genialny pomysł! Ale zaraz, zaraz… Powoli. Trzeba to wszystko opisać od początku do końca, inaczej ciężko będzie zrozumieć „genialność” tego szaleńczego planu.

Wspaniały X, zupełnie nie zdając sobie sprawy z uczuć swojej przyjaciółki, nadal buszował po sieci w poszukiwaniu TEJ drugiej połówki mandarynki. Oddzielając ziarno od śliwek robaczywek, wciąż nie potrafił odnaleźć tej jedynej, która swoją słodyczą i urokiem wpisze się w jego idealne wyobrażenie o kobiecie, z którą chce się zestarzeć. To było logiczne… Przecież ten jego dopasowany owocek leżał całe dnie w łóżku, 160 kilometrów od niego, bez nadziei na to, że jeszcze coś może zdziałać i zawalczyć o swoje uczucie. Jeśli więc ta jego wymarzona druga połówka była daleko, a on nie raczył sam wpaść na ten pomysł, aby się DOMYŚLIĆ, że może warto byłoby poszukać tej miłości właśnie TUTAJ – potrzebny był jakiś plan awaryjny. W zaawansowanej ciąży, ze złamanym kręgosłupem i… toną problemów na głowie nie było łatwo stworzyć jakiegoś genialnego „WYJŚCIA”, dzięki któremu nagle wszystko się odmieni, a Książę X zamieni się nareszcie w statecznego i zakochanego do szaleństwa CHŁOPAKA D. Nie okłamujmy się – potrzebny był cud.

Mnóstwo myśli, analiz, wniosków. I tak, i tak, i siak, na każdy możliwy sposób. X pozostawał wciąż nieugięty, ślepy, tudzież łagodnie mówiąc – oporny na wszelakie znaki, jakie zakochana D. próbowała mu przekazać. NIC. ZERO. Totalne zero. Nie działały żadne buziaczki na gadu-gadu, urocze emotki w sms-ach, podteksty, komplementy. Ten człowiek chyba wyjątkowo się zaparł i uparł, że nie da się złamać ot tak. Pewnie zupełnie nieświadomie…

Skoro nie działało już nic i szansa na zacieśnienie więzi malała z każdą chwilą potrzebne było COŚ, co zmieni wszystko. COŚ, co zwiąże go z nią, pokaże, że powinna być dla niego ważna i przede wszystkim – zbliży ich do siebie. Z racji problemów zdrowotnych i odległości musiała to być prawdziwa „petarda”. Żadne pitu pitu, błahostki i słabe pomysły nie wchodziły już w grę.

Nagle… WOW! Eureka! Jes, jes, jes! Genialny pomysł życia, jak stworzenie Brand24, AdWordsów, Facebooka, czy Snickersa. SYN! Lada dzień przyjdzie na świat jej SYN! Syn, potrzebuje chrzestnego… 🙂 A chrzestny, no cóż, chrzestny to funkcja na całe życie. Nie kliknie się OFF, nie powie see you later, ja się wypisuję z tej bajki, chcę czekolady. Bycie chrzestnym trzeba dźwignąć raz na całe życie. I otóż to! Jeśli się zgodzi, stanie się w pewnym sensie członkiem rodziny. Członek rodziny = obowiązki, przyjemności, kontakt, relacja. To już jakiś początek. Zalążek mikro uczuć, które można rozwijać, pielęgnować, wychuchać, jak taką dopiero co przywiezioną z Leroy Merlin – muchołówkę (roślinkę). Plan był genialny w swojej genialności i prosty, jak kobiecy but. Trzeba było go tylko przekonać…

I już się wszystko miało udać. Już, już. Ona przygotowała grunt pod rozmowę, pochwaliła jego efekty „PO-siłowniowe”, poparła chęć zakupu auta, połechtała jego męskie EGO sypiąc mu tonę komplementów o zaradności, ogarnięciu życiowym, jego supercudowności i tym, jak wspaniale zajmuje się swoim nowym psem… Zasłodziła tak, że najpyszniejsza bristolka, czy kremówka przy tym smakowałyby jak zwykła drożdżówka. I co? I co? Wy jeszcze pytacie co?! NIC. Rozumiecie? Tfu, w sumie NIC to zupełnie złe określenie. Na te jej wszystkie działania, cukrzenia i opowiastki on odpisał jednym smsem. SMS-em, który wyrył się w jej pamięci już na zawsze. Na honorowym miejscu największych żenad życia.

„Jesteś dla mnie jak taka młodsza siostra (…) Dziękuję!”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *