Ta noc…

…ale najpierw, przed „tą nocą” był ten dzień. Wielki tryumf nad polskim szkolnictwem. Zostali licencjuszami, czy cholera wie, jak to się nazywa. Bezrobotni? Nowe pokolenie makdonaldowców? Bądź co bądź kończyli swoją przygodę. Z uczelnią, ze sobą, z szansą na bycie razem. To znaczy ona kończyła, bo on nadal nieświadomy wszystkiego cieszył się, że to właśnie dziś przyjdzie do niej na imprezę z okazji jej „wyjazdu” do innego miasta.

Ech! Jakby wiedział, jak bardzo ją to denerwowało. Przebierała ze stresu nogami, wciskając się w swoją ulubioną kieckę, którą razem wybierali podczas szperania w necie w czasie jednego z nudnych wykładów. To własnie ta sukienka – ona miała sprawić, żeby zobaczył, jaka ona jest piękna i wspaniała i taka dla niego… Szykowała się, malowała, czesała, jakby to miał być najlepszy wieczór jej życia. I był, choć w sumie nie powinien…

Zaczęli przychodzić goście – mniej lub bardziej udawała, jak bardzo cieszy się na ich widok. Cały czas jednak niespokojnie przekręcała pierścionek na swoim palcu. Pierścionek… Tak, idiotyczny prezent na niedawno obchodzone urodziny od jej byłego męża, który próbował w ten sposób „wynagrodzić jej” stratę obrączki. Jaka ona była wtedy głupia i naiwna… Dzień wcześniej pokłóciła się z nim, własnie o niego, o tego X. Jej były nie mógł znieść, że to nie jego zaprosiła na imprezę… że woli NOWEGO, który i tak ma ją głęboko gdzieś. Ona jednak nie słuchała, od dawna była już pogrążona w rozmyślaniach o tym, czy uda im się w końcu dostatecznie zbliżyć do siebie i zerwać tę cholerną barierę wyłącznej PRZYJAŹNI. Jej i jej wymarzonemu X-owi, o którym nie mogła przestać myśleć ani na chwilę…

Kto by pomyślał? Zwykły chłopak. Niczym nie wyróżniający się, miły, sympatyczny i bardzo powściągliwy. Jednak cały czas coś ściskało ją w żołądku i gardle, kiedy tylko miała okazję usłyszeć dźwięk jego głosu… Głosu, który kilka lat później szeptał jej do ucha najbardziej sprośne rzeczy, o jakich wcześniej bałaby się nawet myśleć.

Nagle – przyszedł. Stanął w drzwiach, a jej serce zaczęło bić 1000 razy szybciej, niż zwykle. Był, przyszedł do niej. DO NIEJ. Do jej mieszkania. Wiele razy w snach odtwarzała sobie scenę takiego spotkania… Kiedy to on przychodzi do niej, od wejścia rzuca się na nią i zaczynają się całować… Teraz aż tak bajkowo nie było, jednak… BYŁ. Po prostu.

Całą imprezę usiłowała choć usiąść koło niego. Dotknąć go, musnąć palcami. Poczuć jego zapach, posłuchać jego głosu – jakby nauczyć się go na pamięć, żeby później mieszkając już z innym, planując życie z dala od swojego wymarzonego księcia, pamiętać jak najwięcej szczegółów. Odtwarzać je w głowie, jak zdartą płytę, która nie pozwalała jej zapomnieć o tej cholernej nocy…

Było już późno, kiedy wyszli odprowadzić resztę towarzystwa do domów. Zaczęło się od niewinnych przytulańców, chodzenia za rękę, śmiechu i radości z przebywania ze sobą. Nie wiedzieli, co będzie dalej, ani dlaczego właśnie tak się wobec siebie zachowują. Jak się nad tym teraz zastanawiała – zadawała sobie w kółko pytanie, co musieli sobie pomyśleć o nich inni. Inni, którzy znali ich jako najlepszych przyjaciół, w życiu nie spodziewający się, że oni mogą „COŚ” takiego odwalać. Nawet po wspólnej imprezie…

W pewnym momencie postanowili się odłączyć. Zostali sami. SAMI. Pierwszy raz w życiu, plac zabaw kojarzył im się jako miejsce owiane seksualno – uczuciowym klimatem, który za chwilę mieli sami zainicjować… Pamięta to jak dziś… Wspólna huśtawka, lekkie przytulanie, rozmowy, spoglądanie w gwiazdy. Szczyt romantyzmu – można by powiedzieć… On w kółko powtarzał, że nie jest dla niej odpowiednią osobą, żeby nie komplikowali sobie życia, że to nie ma sensu… ale i tak dał się ponieść emocjom i już chwilę później zatracili się na dobre… W sobie, we wspólnym przeżywaniu i celebrowaniu tej chwili, w tej gorącej, gwieździstej nocy… Nocy, która raz na zawsze odmieniła ich jeszcze wtedy mało skomplikowane życie…

I choć zakończyło się wyłącznie na namiętnych i jedynych w swoim rodzaju pocałunkach, które zaledwie kilkanaście miesięcy później przyprawiały ją o jeszcze większe dreszcze, następnego dnia oboje mieli ciężki orzech do zgryzienia… Ona – czy warto wyjeżdżać, on – czy odzywać się, czy udawać, że nic się nie stało?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *