Wstęp do Zupełnie Zwykłej Historii (moja książka)

„Przyj kobieto, przyyyyyj! Przecież jakimś cudem musisz w końcu urodzić! Jesteś już po terminie, ile jeszcze chcesz czekać? Wciąż nie widać główki! Postaraj się bardziej! Pomóżcie mi, ona sama nigdy nie dokończy… Dajcie jakieś kleszcze, siostro, kleszcze! Cokolwiek! Musimy jej jakoś pomóc, bo to dziecko w końcu się udusi! Zróbmy coś, jest coraz gorzej. Kładźcie się na brzuch, naciskajcie, może wspólnie uda nam się wreszcie je wyciągnąć. Przyyyyj! Dasz radę, ja wiem, że to trwa już dwanaście godzin, ale w końcu będzie dobrze! Zobacz, już prawie, już jest, główka, nareszcie, udało się!!!”

„Łeeeeeeeeeeeeeeeee, łeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeee” – ta chwila, kiedy donośny krzyk małej D. rozniósł się po całej sali porodowej, była jedną z najważniejszych w jej życiu. Choć zupełnie jej nie pamiętała, bo w sumie to dość uzasadnione, to i tak już zawsze miała z tyłu głowy myśl, że jej przyjście na świat było bardzo spektakularne. Nie tylko dlatego, że wyciągana była na siłę kleszczami i wypychana przez kilku wielkich wagą lekarzy, skaczących po brzuchu jej mamy. Również dlatego, że po prostu ewidentnie nigdzie jej się nie spieszyło. Nie dość, że urodziła się tydzień po terminie, to jeszcze przez te 12 godzin porodu, dała mamie nieźle popalić. Kurczowo zapierała się rękoma i nogami, byleby jej jeszcze nie wyciągać z bezpiecznej strefy maminego brzucha. Wiedziała. Na pewno. Już wtedy czuła, że jej życie nie będzie usłane różami, a ona kilka dobrych razy będzie żałowała, że przy tym porodzie lekarze jednak nie dali za wygraną.

Nie ma jednak sensu dramatyzować. Poród był jaki był, jego konsekwencje wcale nie okazały się być lepsze (przypadkowe przyplątanie się jakiegoś szpitalnego stworka o mrocznej ksywce „Gronkowiec”) faktycznie nieco osłabiły emocje młodych rodziców, jednak w ogólnym rozrachunku ta puchata kulka była ich wymarzoną córeczką. Córeczką, która od pierwszych dni postanowiła przyprawić swoich rodzicieli o siwe włosy, jeszcze grubo przed trzydziestką. Wszystkie piękne i kolorowe bajki o rodzicielstwie, karmieniu piersią, przespanych nocach, zdrowo rozwijającym się dziecku, odwiedzaniu lekarzy wyłącznie podczas szczepiennych kontroli – przy malutkiej D. nie miały szansy się spełnić. Ba! Ta młoda, lekko „fochasta” dama wręcz gardziła maminym cycem, zmuszając biednego tatusia do zasypiania nad odgrzewanym w nocy mlekiem modyfikowanym. Oj, nie jedna butelka uległa przypadkowemu zniszczeniu podczas takich nocnych akcji. Przecież noc nie jest od spania, prawda? Kochana D. uświadamiała rodziców niemalże każdego dnia, że rodzicielstwo to naprawdę trudne wyzwanie.

Malutkie przeziębienie? Katarek? Kaszelek? Po co zaczynać tak łagodnie, skoro można od razu z grubej rury – jakąś anginą, zapaleniem krtani, czy porządną grypką. Tak, tak. Lekarzy i apteki, zatroskani rodziciele D. odwiedzali przez całe jej dzieciństwo częściej, niż ona przedszkole. Mimo całej swojej wrodzonej złośliwości, była jednak bardzo pogodnym i radosnym dzieckiem, które bardzo szybko kradło serca każdego, kto tylko miał okazję z nią porozmawiać. W wieku dwóch lat była w stanie nawet odbierać telefony i sprzedawać znajomym babci bajeczki o tym, że rzekomo poszła właśnie na zakupy, a ona – mała D. musiała zostać w domu sama. Dokładnie, bardzo dobrze się domyślasz. D. od dziecięcych lat z rozbrajającą łatwością tworzyła niesamowite historie, w których świstoklik występował dużo wcześniej, niż wymyśliła go sobie autorka Harrego Pottera.

Była prawdziwą małą damą. Wiecznie uśmiechnięta, w dwóch kitkach, swoich ukochanych lakiereczkach i najpiękniejszych na świecie sukienkach, na które tatuś ciężko zarabiał całymi dniami i nocami. Pozytywna, uprzejma i bardzo inteligentna. W wieku 4 lat sama nauczyła się czytać, niedługo potem – pisać, liczyć, no i śpiewać. Choć śpiewała już chyba w brzuchu mamy. Uwielbiała pomagać rodzicom i ich wspierać, ale równie dobrze wychodziło jej sprawianie wiecznych problemów i komplikacji. Potrafiła rozpłakać się bez powodu, potupać, pokrzyczeć, żeby za chwilę wzdychać z radości i piszczeć na widok nowej serii z jajka niespodzianki. Prawdziwa mała kobieta – pełna skrajnych i niezrozumiałych emocji.

Mała D. choć jeszcze wtedy o tym nie wiedziała, od dziecka już miała predyspozycje do tego, żeby pakować się w możliwie największe kłopoty. Bieganie po cudzych ogródkach, chodzenie z dwoma chłopakami jednocześnie, czy propozycja wychowawczyni o przeniesienie jej z 2 do 3 klasy to prawdziwy przedsmak tego, co miało wydarzyć się później. Wieczna radość pomieszana z goryczą, strachem i niepewnością sprawiła, że jej rodzice do dziś nie mogą spać spokojnie. Taki to już typ. Jej obecność sprawia innym ogromne szczęście, ale niesie też ze sobą cały wachlarz przeróżnych emocji, które nie zawsze odciskają się pozytywnie na życiorysie osoby, która wchodzi z nią w bliższe relacje. Jednak o tym za chwilę…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *